Nie wszystko złoto co się świeci, czyli jak nie dać się nabić w butelkę przez ślubnego usługodawcę

Dziś temat, który rozgrzewa do czerwoności, czyli… o pieniądzach, na rynku filmów i fotografii ślubnych. A konkretniej o pieniądzach, które możecie stracić, lub wydać ich więcej niż planowaliście.

Kamerzysta lub fotograf, na ślub i wesele – znaleźć Ich można w wielu miejscach internetu. Oprócz, najbezpieczniejszych poleceń od znajomych, szuka się ich za pomocą Google, ślubnych portali czy Facebooka. I od Facebooka zaczniemy. Powszechną praktyką, stało się szukanie usługodawców w ślubnych grupach. Wystarczy rzucić hasło, termin i… zaraz dostaniemy 200 ofert w komentarzach. Ok, nie ma w tym nic dziwnego, z tym, że… to prawdziwy i niebezpieczny „festiwal licytacji na oferty”. Wielokrotnie sprawdziliśmy My i nasi znajomi z branży foto-wideo, jak faktycznie wygląda „rynek Facebook’owych usługodawców ślubnych”. A wygląda jak szalona i nieobliczalna walka o zlecenie! Damy Wam przykład.

Ogłosiła się Pani, która poszukiwała kamerzysty ślubnego. Ślub i wesele w okolicach Trójmiasta. Budżet na film: 2000PLN (przyznajemy, że budżet niski, ale Pani zagrała w otwarte karty i chciała na wejściu oszczędzić czasu tym, którzy ceny za usługi mają dużo wyższe – bardzo zdrowe podejście, brawo). Otworzył się „worek z ofertami”.
Po 30 minutach, autorka posta miała ponad 150 komentarzy i każdy był gotowy, aby stworzyć dla niej pamiątkę ślubnych uroczystości. Pamiątkę wyjątkową, najlepszą, najpiękniejszą, bajkową i nie z tej ziemi. Zaczęliśmy z ciekawości przeglądać te „oferty” i jaki był nasz szok, że przy znanym budżecie na to zlecenie, z pełną premedytacją ogłaszali się twórcy wideo, z… drugiego końca Polski. Ok, pomyśleliśmy, że może wierzą w tezę, o jakimś „pozycjonowaniu” dzięki oznaczeniu swojego fanpage w komentarzu. Może chcieli pokazać się również innym, potencjalnym Klientom.

Tłumaczyliśmy to na wiele sposobów, do momentu wybrania numeru kontaktowego do usługodawcy spod… Katowic (przypomnę, że to zlecenie było do realizacji w okolicach Trójmiasta, a Pan złożył ofertę). Podając się za potencjalnego Klienta (eh to „badanie rynku i konkurencji” ;-)), wypytaliśmy o cenę usługi. Usłyszeliśmy, że Pan kamerzysta, oferuje film ślubny o długości od jednej, do dwóch godzin (znacie nasze zdanie na temat takich „tasiemców”…?). Do tego dojazd na terenie całego kraju i komplet nośników (jakieś pendrive, płyty DVD, itp…). I to wszystko oferuje za… 2000PLN. Dwukrotnie upewniliśmy się, czy kamerzysta zrozumiał, że chodzi o Szczecin, a On jest spod Katowic… Zrozumiał i podtrzymał swoją ofertę.

Cena nas zaszokowała, ale postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś więcej, na temat tak konkurencyjnej (żeby nie napisać „podejrzanie taniej”) oferty. Okazało się bardzo szybko, że Pan wideofilmowanie traktuje jako dorywcze zajęcie, że nie prowadzi działalności gospodarczej i tak naprawdę, nie posiada większego doświadczenia (tu wjechała słynna bajka o „budowaniu portfolio”). Zamurowało nas. W zasadzie rozmawialiśmy z kimś, kto chce nam wcisnąć „produkt”, ale sam nie jest przekonany, czy ten produkt potrafi…”wyprodukować”. Ale najważniejsze było to, jak wciąż podkreślał, że on za 2000PLN dojedzie w zasadzie w każde miejsce w Polsce, „bo mu się to i tak opłaca”. No pewnie opłaca, bo na koniec okazało się, że nie wystawia żadnego rachunku i nie podpisuje żadnej umowy… (i jak by tego nie tłumaczyć, jak mocno nie robić z pana kamerzysty „freelancera”, to mieliśmy do czynienia z jawnym kombinatorem i lewizną… #szarastrefa). A to był tylko jeden telefon, do losowo wybranego usługodawcy…

A teraz pytanie do przyszłej Pary Młodej, czy w imię oszczędności (bo z niewiedzy właśnie Was wyprowadzamy), jesteście w stanie powierzyć takiemu „artyście”, tak ważną pamiątkę, jak zdjęcia czy film ślubny? Już kiedyś pisaliśmy o różnicach wynikających ze współpracy z profesjonalną firmą, a „sezonowymi usługodawcami”  (poczytać możecie tutaj), więc nie będziemy się powtarzać, ale w sytuacji, w której ktoś pracuje na granicy opłacalności i poza granicą legalności, powinna się przyszłym Parom Młodym zapalić „czerwona lampka”! I to jest pierwszy przykład jak stracić pieniądze. Stracić w sytuacji, kiedy usługodawca ślubny nie pojawi się na uroczystościach, ale również w sytuacji, kiedy taki „przypadkowy artysta”, odda Wam zdjęcia/film, po obejrzeniu których będzie po prostu…smutno. I nic z tym nie zrobicie.


Drugim przykładem, jest reklama niezgodna z prawdą, która ma zwabić Klienta.
Na portalu branżowym, z ogłoszeniami foto-wideo, wyświetliła nam się reklama, z której wielki napis krzyczał „REPORTAŻ ŚLUBNY 2500PLN”. Zaciekawiło nas zdjęcie użyte w grafice, bo naprawdę jakościowo było bardzo dobre (fajny kadr, ładna postprodukcja). I w dodatku był to kadr spoza granic naszego kraju (domyśliliśmy się, bo w Polsce jedyna palma, stoi na rondzie w Warszawie;-)). Nie pasowało nam, że u kogoś tworzącego content o tak wysokiej jakości, cena jest naprawdę…niska (baner krzyczał wyraźnie – 2500PLN, a jeżeli robiliście rozeznanie po ślubnym rynku fotografii ślubnej, wiecie, że ta kwota to niewiele, biorąc pod uwagę naprawdę dobrych fotografów).

Postanowiliśmy zabawić się w detektywów (znów to badanie konkurencji;-)). Po głębszej „analizie” oferty fotografa (którą dopiero po kilku prośbach mailowych otrzymaliśmy – odczuwając jednocześnie sporą niechęć usługodawcy, do dzielenia się z potencjalnym Klientem, swoją ofertą…dziwne), okazało się, że reklama, sugerująca że piękny reportaż fotograficzny, możecie mieć za 2500PLN, jest…nie do końca zgoda z prawdą.
To znaczy, tak, możecie mieć tego fotografa u siebie na ślubie, w cenie 2500PLN. Ale tylko na uroczystości zaślubin i pod warunkiem, że mieszkacie w tym samym mieście, ślub jest w dzień roboczy, zdjęć będzie maksymalnie 30, a cała usługa zamknie się w 3 godzinach. Tylko dlaczego dowiadujemy się o tym dopiero po kilku mailach, kiedy wyraźnie prosimy o ofertę na ślub i wesele, powołując się na reklamę ze wspominaną kwotą? Nie wiemy, natomiast wiemy, że nabiliśmy fotografowi licznik wejść i czas spędzony na stronie www (a to dobrze robi w SEO Google), w poszukiwaniu konkretów o ofercie (i finalnie nic nie znaleźliśmy, nie tylko cen, bo ich brak publicznej publikacji rozumiemy, ale również nie uświadczyliśmy zakresu pakietów…). Zdjęcia piękne, kwoty finalnie oszałamiające, sposób przyciągnięcia Klienta mało wysublimowany. Ale wiecie co jest gorsze, niż nabici w butelkę, przez cwaną reklamę?

Ukryte koszta!
Ostatni przykład jak można się „naciąć” na nieuczciwego usługodawcę, to przykład również z życia wzięty, a dokładniej historia pary Gości weselnych, których poznaliśmy na jednym z wesel, które obsługiwaliśmy jako fotograf i operator kamery. Para ta, była rok po ślubie. W pewnym momencie wieczoru, wywiązała się rozmowa o naszych zasadach i cenach, za oferowane usługi. Przedstawiliśmy im szczegóły, a Ci z lekkim niedowierzaniem słuchali naszego podejścia i warunków realizacji materiałów ślubnych. A jak była ich historia?

Po długich poszukiwaniach, wybrali usługodawcę ślubnego. W ferworze walki, bo dogadywali się z fotografem krótko przed ślubem, podpisali umowę. Cena była atrakcyjna, zdjęcia które widzieli ciekawe i co najważniejsze, last minute znaleźli dostępnego, solidnego usługodawcę. Tylko szybko okazało się, że usługodawca jest „solidny” również w… rachunkach. Okazało się, że podczas wesela (uroczystości odbywały się latem, więc ceremonia zaślubin zaczynała się późnym popołudniem), jest niewynikająca z winy Młodych, obsuwa. Około godziny poślizgu w stosunku do planowanego harmonogramu. Kilka minut po północy, fotograf zakomunikował, że skoro jeszcze nie zaczęły się oczepiny, to on nie ma zamiaru zostawać dłużej, bo standardowo przyjęło się, że koniec pracy ekipy foto-wideo jest po oczepinach, a te powinny być o północy. Od razu przedstawił też „propozycję przedłużenia swojej obecności”, w postaci kilkuset złotych, za każdą godzinę dłużej, niż przewiduje umowa (a ta, przewidywała zakończenie pracy po oczepinach, bez wskazania godziny…). I ok, rozumiemy w pewnym stopniu taki punkt widzenia fotografa, jednak skoro umowa nie zawiera „ilości godzin pracy usługodawcy”, to ten czas jest umowny, a w praktyce zawsze usługodawca idzie na rękę Parze Młodej, a nie odwrotnie – przynajmniej My tak działaliśmy w przeszłości.

Młodzi zapłacili za niemal 2h dłużej obecności fotografa. Ale to nie były jedyne „niespodziewane koszta”, bo szybko po weselu okazało się, że fotograf „zapomniał wspomnieć o kosztach nośników”. I tutaj się zatrzymamy na moment. Wiadome jest, że takie kwestie jak nośniki pamięci (ich ilość, rodzaj) ustala się w umowie. A co, jeżeli umowa z usługodawcą jest dość… skromna i nie zawiera wielu istotnych zapisów? Winić usługodawcę czy zleceniobiorcę, że nie dopilnował tego? Według nas, winne są obie strony. Usługodawca, bo być może celowo omija istotne zapisy umowy, aby później móc dyktować jej warunki. A nawet jeżeli nie ma tu podstępu, to wychodzi amatorszczyzna, bo to szanująca się „firma” powinna zadbać o Klienta, a nie odwrotnie! I Klienci, którzy nie zadbali o swój interes. Ale dodatkowe koszta się pojawiły, a kontynuując historię, nie był to koniec niespodzianek…

W związku z obsuwą harmonogramu wesela, Para Młoda z fotografem, nie byli w stanie zrealizować krótkiej, plenerowej sesji zdjęciowej, w trakcie wesela, którą mieli w umowie. W trakcie uroczystości ustalili, że zorganizują taką sesję w innym terminie, a jej kosztem, będę tylko koszta logistyki poniesione przez fotografa. W późniejszym kontakcie, okazało się, że za plenerową sesję zdjęciową będą musieli jednak zapłacić pełną cenę i co ciekawe, kwota była jeszcze wyższa, niż pierwotnie przedstawiana w ofercie, przed weselem! Zaczęło być nerwowo. Fotograf stwierdził, że nie z jego winy, nie mógł wykonać sesji w dniu uroczystości (ale w tym dniu zgodził się na jej przesunięcie na inny dzień) i w sumie, to on nie ma czasu na takie „gratisy” (nie ma czasu? przypomnę, że w środku sezonu weselnego, przypadkiem miał wolny termin). Nowożeńcy zgodzili się finalnie na sesję plenerową, za opłatą, której nie było w planowanym budżecie (nie zazdroszczę atmosfery na tym planie zdjęciowym…).

Jaki morał płynie z tych wszystkich „strasznych historii”, o których piszemy?:)Nie wszystko złoto, co się świeci – nie zawsze na pozór wspaniała oferta, na film czy fotografię, finalnie będzie tak samo atrakcyjna finansowo jak krzyczą ogłoszenia. Nie zawsze dopilnuje się wszystkiego przed ślubem i weselem (kto organizował, wie, że projekt pt.wesele, to prawdziwy „dom wariatów” i łatwo coś pominąć w papierologii). I nie zawsze, niestety, trafi się na uczciwego usługodawcę… Nasz wpis nie ma na celu straszyć Was i mówić, że branża ślubna foto-wideo, to siedlisko zła! Oczywiście jak wszędzie, trafiają się czarne owce, ale takie wpisy jak ten, publikujemy głównie po to, aby uchronić Was przed niemiłymi niespodziankami. Z naszym doświadczeniem na rynku ślubnym, na pewno możemy podpowiedzieć dużo i z chęcią to robimy:)

A jako podsumowanie, trzy złote zasady, aby uniknąć nieporozumień:

1. Spisać dobrą umowę (a dobra umowa to taka, która chroni obie strony, zarówno usługodawcę i zleceniodawcę!).
2. Nie kierować się impulsem (o! promocja! bierzemy dwa!)
3. Porozmawiać i ustalić wszystko z usługodawcą (nasz rekord w konsultacjach przed uroczystościami, które oferujemy Klientom, to niemal trzy godziny rozmowy z jedną Parą Młodą!:))

Koniecznie sprawdźcie pozostałe części naszego bloga, w których przybliżamy Wam świat filmów i fotografii ślubnej. I wszystkiego dobrego!